Pasek wideo

Loading...

poniedziałek, 22 wrzesień 2008

PRAGNIENIE _ Klikaj w link i ciesz się tym co znajdziesz

Jest we mnie gorące pragnienie,
niewinne, naiwne i takie pełne wiary,
które buduje mosty ponad rzeczywistością,
pełne cudownej nadziei, że wreszcie.

Jest młodość jeszcze młoda,
nienasycona, popędliwa i taka
wciąż uparta, nieuchwytna
jak w okresie dojrzewania.

Z piasku buduję zamki, wymyślone,
znów tracę czas i siebie daję
bez ograniczeń, bez skargi, idąc
drogą migocącą światłami wyobraźni.

Już wiem czym jest niebo, ale wciąż
do niego za daleko i marzę nieustannie
o tym najcichszym z miejsc, by w nim
skonać zapatrzeniem w błękit.

Znajdując swój ponad-wymiarowy, maleńki,
najmniejszy kąt tylko dla siebie,
tęskniąc za pokarmem dla duszy,
za dotykiem czułym, odrobiną szczerej tkliwości,

Innego szczęścia mi nie trzeba,
inne w mej głowie się nie mieści,
tylko bądź, latarnią w mroku
co wyznaczy kurs we mgle.

me

http://www.zespressocafe.com/shop/?lnkrf=HBzYD

http://www.dizzler.com/member/home

Mrrryyy

sobota, 17 maj 2008

muza

czwartek, 20 marzec 2008

Pan


zdaniem zawęził przestrzeń
słowem zakuł kajdany
spojrzeniem smycz upiął
tuż przy krtani
pocałunkiem na kolana powalił

na skinienie przybiegam do pana
gdy radość chce mieć ze sługi
posłusznie wykonuję rozkazy
czekając pokornie chwili kiedy pieszczotę
żuci jak psu kość na posłanie

za uśmiech bezgraniczne oddanie
posłuszne czekanie aż przybędzie
i zechce wziąć niewolnicę na męki
innego szczęścia nie chcę
inne w mej głowie się nie mieści

















sobota, 2 luty 2008

Narodziny

Christophe GozeClose to you



żeby osiągnąć cel

wspina się na górę

nagły skok
w kosmiczny nurt życia

by przetrwać wszystko
cofnąć pójść naprzód

wchłania istotę
boskiego piekła

nie ukrywając kłamstwa
zapierającego dech

z oczami szaleńca
i głosem dziecka

bezskuteczny w nienawiści
podąża w nieznane

dławiąc strach przed wejściem
z powrotem na szczyt

środa, 16 styczeń 2008




To co nadało życiu sens,
przyszło razem z Tobą.
W chwili kiedy pisałem
ostatni w ciszy list.

Powracam do tamtych chwil
i wiem, los objawił Ciebie jak cud,
by mały płomyk pokonać
przez jeszcze większy żar.

Czysty przyjaźni podarunek,
zmieniający oblicze dnia.
Nie śmiałem marzyć
i prosić o nic więcej.

Delikatnym spojrzeniem, otulasz
pragnienia kruche jak szkło
i sen budzisz ze snu, budując
mosty nad przepaścią westchnień.

Między jawą a mirażem, niebem a piekłem.
I nie wiem co piękniejsze gdy Jesteś
przy mnie, przez te kilka chwil,
pieczętowanych przeznaczeniem.

Tu gdzie jestem, czas płynie zbyt szybko
i jest go coraz mniej, a wciąż za daleko,
do uśmiechu sycącego głód, wypełniając
cichym łkaniem nienazwaną przestrzeń.

Coraz głośniejszy brak,
choć pod skórą wypalasz
czerwień w tętniącą życiem stal,
wciaz nie wiem czego chcę.

Rozbielonej skóry oparami,
upajam zmysł dotyku,
onieśmielając palców taniec.
Chwilą ulotną jak oddech,
pełną utęsknionych zachwytów.

Przy nich melancholie jak kamyki śmieszne,
mimo przeklinania bogów, co czas
zamiast przyspieszać, cofali
na przekór przeznaczeniu.

Jesteś latarnią w noc brzemienną,
niepojętą niedorzecznym trwaniem.
W jednym muśnięciu niebem całym,
nabrzmiałym od rumieńców.

U stóp swych warować pozwól,
pieszczotą płomienną błądzić,
szeptem przylegając do skóry.
Smakować zroszone potem ciało,
rozpromienione plejadą rozbłysków.

Aż nastanie świt, śmierć
mając za dowód,
że tęsknota odeszła
i nigdy nie wstanie z grobu.




środa, 9 styczeń 2008

tobie

God Is an AstronautTempus Horizon



pod bacznym okiem nad głową
świadomie trwam teraz tu w miejscach
do zapamiętania i zapomnienia
tęskniąc za nadchodzącym dniem

wymazuję wszystkie adresy
zachowując tylko ten co wiedzie
do ciepła twych dłoni oczu i ust
w oczekiwaniu odpowiedzi

pragnienie dotyku uśmiechu i realnych spojrzeń
rozgrzewa bardziej niż kiedykolwiek
kształty prawie własne gdy sen leje atrament
z bezgranicznym zachwytem umieram w tobie

od nowa chcę uczyć się pocałunków
aby zapachem kusząc syciły upojnie
oszołamiając żar uśpiony na wargach
budząc słodycz mowy między pauzami oddechu
którymi cię owionę by wreszcie
godziną przeznaczeniem utkaną
zaznać rozkoszy nieba pozbawionego ciszy

otworzysz ramiona niczym rajski ogród
w zamyśleniu patrząc na dłonie i białą
zaciśniętą na tle bladego lazuru różę
aż wszystkie burze zabrzmią chórem
i uciszą serce w swym objęciu

szeptem przylegając do skóry
błogosławiona ta chwila jedyna
kiedy z dwóch iskier horyzont
żywym ogniem będzie płonął

wciąż jednak zbyt wiele cisz
nie zmąconych uśmiechem
wypełnia ten kawałek podłogi
a szczęście co się nigdy nie oswaja
śni się wplecione płatkami śniegu
na rzęsach wśród nocy tak odległej

deszcz dzwoni w oknach z odbiciem jak żywym
sennie sącząc się w dal bezkreśnie mglistą
niecierpliwie czekając świtu by znów
zobaczyć roześmianą twarz najmilszą





poniedziałek, 31 grudzień 2007








bezmiarem kształtu dłoni
na krawędzi życia tęsknie czeka
by dać siebie bez skargi
za wszystkie niewidzące spojrzenia

w zmrużonych oczach prawdziwa
przypruszona popiołem sztorm
rozpętuje jednym oddechem ciszy
pozwalając ustom wybuchać i gasnąć

dotyki zegara mami i rozpędza
łasząc się najczulszą z póz
płonąc jak drewno w kominku
zrywa zieleń ostatnią pod powiekami

w porze co sen jeszcze tka
woła anioły by z nimi tańczyć
lecz umie tylko jak pies kulawy
wałęsać się po drogach za okruchami